Dlaczego warto inwestować w tłumaczenia marketingowe, a nie Google Translate
Ostatnio miałam ciekawą sytuację. Tłumaczyłam komiks – niby prosta forma, krótkie zdania, niewiele tekstu. Z czystej ciekawości wrzuciłam kilka fragmentów do Google Translate, żeby sprawdzić, co „maszyna” podpowie. I powiem Wam szczerze – to była masakra.
Nie chodziło tylko o błędy językowe. Translator zupełnie nie rozumiał kontekstu. Tam, gdzie autor używał gry słów, zabawy znaczeniem albo odniesień kulturowych, dostawałam sztywne zdania, które brzmiały jak kiepska instrukcja obsługi. Zniknął żart, emocja i cały sens. A przecież w komiksie, podobnie jak w reklamie, właśnie to jest najważniejsze – oddanie klimatu, nastroju, tej „iskry”, dla której ktoś w ogóle sięga po tekst.
W tłumaczeniach książek czy komiksów kontekst to serce tekstu. Autor czasem jednym zdaniem buduje atmosferę, bawi się słowami, puszcza oko do czytelnika. Google Translate tego nie widzi. On nie wie, że w danym momencie bohater żartuje, że gra słów ma podwójne znaczenie albo że odnosi się do konkretnego elementu kultury.
Podobnie jest w reklamie. Hasło „It’s on us” w USA oznacza „To nasz koszt, my płacimy”. Wrzucisz to do translatora, a on zwróci „To na nas”. I co wtedy? Klient w Wielkiej Brytanii czy w Polsce patrzy i nie rozumie. A przecież w reklamie liczy się sekunda – jeśli ktoś się zatrzyma, bo tekst brzmi dziwnie, to koniec.
Dlaczego Google Translate nie daje rady
Kiedy rozmawiam z klientami, którzy zlecają mi tłumaczenia marketingowe, czasem słyszę: „Ale po co inwestować w tłumaczenia marketingowe, skoro są darmowe narzędzia?”. Rozumiem tę pokusę – szybciej, taniej, od razu. Tylko że w praktyce kończy się to tak, że tekst wygląda na „przetłumaczony”, a nie napisany dla odbiorcy.
Translator nie wie, kim jest Twój klient, jakie ma skojarzenia ani jak odbiera dane słowa. On po prostu podmienia jedno słowo na drugie. I czasem wychodzi coś, co niby jest poprawne, ale absolutnie nie działa.
Dla przykładu – instrukcja techniczna. Jeśli tam pojawi się błąd, konsekwencje mogą być poważne: od niezrozumienia funkcji urządzenia aż po wypadki. W reklamie problem jest inny, ale równie kosztowny – źle przetłumaczone hasło może zepsuć całą kampanię i sprawić, że firma straci wizerunek.
Dlaczego tłumaczenia marketingowe są inwestycją
W marketingu płacimy nie za same słowa, tylko za efekt. Dobre tłumaczenie to takie, które oddaje intencję autora, buduje emocje i trafia dokładnie tam, gdzie powinno.
Kiedy tłumaczę reklamy, nie myślę kategoriami „słowo za słowo”. Patrzę na to, jak odbiorca w danym kraju to przeczyta. Czy dla niego to brzmi naturalnie? Czy budzi takie same emocje jak w oryginale? A może potrzebuje innego porównania, innego żartu, innego rytmu zdania, żeby naprawdę poczuć to, co autor chciał przekazać?
Dlatego właśnie mówię, że Google Translate w reklamach, książkach czy instrukcjach technicznych to samobójstwo. On nigdy nie zastąpi człowieka, który potrafi uchwycić kontekst. Potrzebujesz tłumaczenia – napisz.
tłumaczenia marketingowe – Moje podejście
Lubię pracować z tekstami, które wymagają „czucia” języka. Tak było z tym komiksem – zamiast suchego tłumaczenia szukałam odpowiedników, które oddadzą humor i charakter postaci. Tak samo podchodzę do tłumaczeń marketingowych. Nie chodzi o to, żeby każde zdanie było idealnie wierne oryginałowi. Chodzi o to, żeby odbiorca miał takie same emocje, jak czytelnik czy klient po drugiej stronie globu. Poznaj mnie – poprzez moje SM.
W reklamie nie można pozwolić sobie na błąd. Bo tu każda sekunda uwagi, każde słowo i każdy przecinek ma znaczenie. A jeśli coś zabrzmi sztucznie – zaufanie znika.
Czasem słyszę: „Ale przecież Google Translate wciąż się rozwija, jest coraz lepszy”. To prawda – i świetnie sprawdza się wtedy, gdy chcemy szybko sprawdzić znaczenie obcego maila czy ogólny sens artykułu. Sama z niego korzystam w takich sytuacjach. Problem zaczyna się wtedy, gdy traktujemy translator jako narzędzie do tworzenia profesjonalnej komunikacji.
Reklama, instrukcja techniczna czy książka nie składają się wyłącznie ze słów. To także ton, emocje i intencje. Translator tego nie uchwyci. On nigdy nie zrozumie ironii, dwuznaczności, kulturowych odniesień. Dlatego jeśli klient z Niemiec, Wielkiej Brytanii czy USA dostaje tekst, który brzmi sztucznie albo wręcz zabawnie, efekt jest odwrotny do zamierzonego – zamiast profesjonalizmu, widzi amatorszczyznę.
Dla mnie największą satysfakcją w tłumaczeniach marketingowych jest właśnie to, że mogę „ubrać” sens w odpowiednie słowa, które wywołają u odbiorcy dokładnie taki efekt, jaki zamierzał autor. To coś, czego żadna maszyna nie zrobi.
Podsumowanie
Możesz korzystać z translatora, jeśli chcesz tylko szybko sprawdzić, o co mniej więcej chodzi w tekście. Ale jeśli mówimy o reklamie, komunikacji z klientem czy o budowaniu wizerunku – naprawdę warto zainwestować w profesjonalne tłumaczenia marketingowe.
Bo różnica jest taka, jak między komiksem przetłumaczonym przez Google Translate a tym samym komiksem oddanym w ręce tłumacza. Jeden tekst jest pełen niezrozumiałych zwrotów i suchych zdań, drugi – opowiada historię i wywołuje emocje.
I właśnie o to chodzi.


